Nie jest tajemnicą, że od lat znamy się z Natalią i Jakubem, tym milej nam było, gdy zgłosili się do nas w temacie sesji ciążowej. Nie do końca tak było, ale o tym w dalszej części...
Tak naprawdę, to zgłosiła się do nas przyjaciółka Natalii, dla której już wcześniej robiliśmy sesję studyjną z zespołem Schola Ichtis. Magda zamówiła u nas voucher na sesję prezentową, na prezent dla przyjaciółki, nie zdradzając przy tym, że chodzi o Natalię. Kiedy kilka dni później voucher dotarł do Natalii i Jakuba, szybko whatsapp poinformował mnie o tym, kto jest tą tajemniczą parą, która otrzymała w prezencie voucher na sesję ciążową. 
Przed przyjściem dziecka na świat na prawdę jest co robić, od konsultacji z ginekologiem, przez ciągłą rozbudowę arsenału "niezbędnych" dziecku akcesoriów, po czytanie książek, słuchanie podcastów etc. Czas szybko mijał i kiedy okazało się, że zostało niewiele czasu na sesję ciążową, był już czerwiec (termin na początek lipca) :D. Zorganizowaliśmy się naprawdę szybko, kilka wiadomości na komunikatorze, szybka wymiana inspiracji i tego co musimy zabrać, jak się ubrać i byliśmy gotowi, nadszedł dzień sesji.
Już wiedzieliśmy, że Natalia i Jakub uwielbiają góry, wędrówki i plenerowe klimaty - robiliśmy im wcześniej sesję narzeczeńską nad zbiornikiem w Przykonie, więc tutaj też wybór był oczywisty - plener. Uzbrojeni w zapas wody, wiatraczki na usb i sprzęt zanurkowaliśmy w cień jednego z lasów wokół Turku. Szybko okazało się, że pogoda tym razem się nie myliła i faktycznie był to jeden z gorętszych dni tego lata (przynajmniej jak do tej pory), co martwiło nas ze względu na stan Natalii, ale główna zainteresowana uspokajała nas, że wszystko jest w najlepszym porządku. Na szczęście leśny klimat i częściowe zacienienie ratowały nas przed palącym słońcem. 
Sama sesja trwała ekspresowo, w lesie spędziliśmy 2 godziny, w trakcie których powstało 20 solidnych zdjęć finalnych, od standardowych portretów w amerykańskim planie, po detale np na zdjęcie USG. Już na etapie sesji wszyscy byliśmy zadowoleni z wyników prezentowanych przez ekran LCD aparatu. Zawsze staramy się oprócz standardowych, sprawdzonych działań i zdjęć, wypróbować coś nowego, innego, tym razem pożyczyliśmy od naszego synka dwa pistolety strzelające dziesiątkami baniek mydlanych (chyba to jest jakiś hit tegorocznych wakacji, bo widzimy je wszędzie). Początkowo uznaliśmy, że to genialny pomysł, ale w terenie okazało się, że nie do końca, niestety więcej było z tym zamieszania, niż efektu. Szybko na ziemię sprowadził nas nieustannie zmieniający się kierunek wiatru i nieprzewidywalność tego efektu. Zawsze fajnie jest eksperymentować, ta nieprzewidywalność to jest coś, co sprawia, że fotografowanie w ogóle jest ekscytujące, ale nie podczas sesji ciążowej w lesie, w jeden z najgorętszych dni w roku, na kilka tygodni przed porodem. :D Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach, porzuciliśmy  pomysł z bańkami i wróciliśmy do ramowego planu sesji.
Jak zawsze bywa, część zdjęć to wcześniej przygotowany plan, a część to działanie na gorąco, czyli improwizacja, która często potrafi przynieść zaskakujące rezultaty, a nawet przebijające te zaplanowane kadry, Tym razem było podobnie i nawet w ograniczonym czasie i trudnych warunkach te małe improwizacje dały fajny efekt. :) Czasem lepiej poszukać innego spojrzenia, niż sięgać po tzw. "wodotryski" w stylu pistoletów strzelających bańkami.

Pisząc ten tekst spoglądam na kalendarz i jeśli to maleństwo, które na zdjęciach jest jeszcze w brzuszku mamy, lubi punktualność, to jutro powinniśmy wśród nas powitać nową osóbkę. :) Trzymamy kciuki i nie możemy doczekać się spotkania w większym gronie!

Pozdrawiamy!
K i M

Może Ci się spodobać:

Back to Top